Poszukiwania


Czarno-białe trampki cicho stąpały po chodniku, dając się kierować jej zgrabnym stopom i silnym nogom. Kiedyś tak głośno człapała, że dałoby się ją usłyszeć z drugiego końca drogi, lecz teraz stawiała kroki cicho jak mysz, nie dając się jakkolwiek rozpoznać. Patrzyła dumnie przed siebie, pozwalając się nieść nutom muzyki grającym w jej uszach, płynących przez śnieżnobiałe kable podłączone do telefonu. Dobrze znała te melodie, lecz jednocześnie odnosiła wrażenie, że z każdą kolejną piosenką poznaje je na nowo. Patrzyła na dawne miejsca, które kiedyś były dla niej zaskoczeniem, a teraz niemalże czuła się w nich jak w domu. Mijała je w błyskawicznym tempie, ale i tak była w stanie wyłapać wszystkie zapamiętane momenty i ludzi, którzy się tam z nią znaleźli, a właściwie osobę.
Gdy tak szła, tło ulegało nieustannym zmianom. Stawało się coraz ciemniejsze, lecz w niektórych momentach wydawało się wysyłać dziewczynie konkretne znaki, jak gdyby chcąc się z nią specjalnie porozumieć. Próbowała je odbierać, ale nie była pewna, czy do końca rozumie, ani czy w ogóle chce rozumieć te sygnały. Tym razem pragnęła zaufać samej sobie i nie skupiać się na tym, co podpowiadało jej otoczenie. Pragnęła odpowiedzieć na parę pytań przy pomocy własnej intuicji i obserwacji duszy, aniżeli przyrody wokół niej. Chciała również dokładniej wsłuchać się w to, co podpowiadało jej serce, gdy w końcu znalazła dla niego chwilę spokoju.
Uchwycała coraz to ważniejsze momenty i miejsca, by móc za jakiś czas porównać zmiany, jakie w nich zaszły, ale także dla własnej satysfakcji i wewnętrznego spokoju ducha. Starała się łapać chwile, póki jeszcze była w stanie je dostrzec i zatrzymać, bo czas płynął nieubłaganie, a słońce chowało się za horyzontem i nie chciało dać jej wystarczająco minut na spełnienie wewnętrznych celów. Gdy jednak w końcu znalazła to miejsce, siadła na swoim charakterystycznym, jakoś dziwnie wyżłobionym, i spojrzała przed siebie, na roztaczające się wokół skupisko wody oraz krótki pomost, który tak mocno zapadł jej w pamięć i wyrył się w sercu. Poczuła, jak jej oczy zachodzą łzami i chwilę potem straciła kontrolę nad własnymi emocjami.
Po paru minutach w jej organizmie zapadła cisza i dziewczyna była w stanie udać się w dalszą podróż. Odnalazła ruiny budynku oraz opuszczoną fabrykę, choć niebo było już niemalże ciemne i widać było bardzo mało. Postanowiła odwiedzić jeszcze jedno miejsce, które nabrało znaczenia równo trzysta sześćdziesiąt pięć dni wstecz. Wracając, skręciła w jedną z alejek i zaczęła kroczyć przed siebie, coraz bardziej zagłębiając się w ciemność i dając pochłonąć wszechobecnej przyrodzie oraz jej dźwiękom. Wtem poczuła przerażenie, które zmroziło ją od stóp do głów. Uświadomiła sobie, że jest kompletnie sama, co potwierdził głos w słuchawkach, a wokół brak jakiegokolwiek światła czy budynku. Tylko ona w dziczy, szukając miejsca, które równo rok temu mogła nazwać domem, choć na chwilę. Doszła do końca alejki i poczuła ogromny zawód, który na chwilę zajął miejsce strachu. Czyżby zapomniała? Ciężko jej było w to uwierzyć, więc ruszyła w drogę powrotną.
Ostatecznie odnalazła charakterystyczne przejście prowadzące do jedynego w swoim rodzaju przedsionka. Składało się ono z pagórków i wyżłobień, którymi musiała przedrzeć się do stromego przejścia. Następnie wbiegła na górę i jej oczom ukazała się mała polana, która pod osłoną ciemności prezentowała się może trochę groźniej niż zapamiętała, ale… to było to miejsce. Dziewczyna zapragnęła klęknąć na suchej trawie między drzewami i ukryć twarz w dłoniach, ale ograniczyła się tylko do cichego szlochu i spojrzeń rzucanych z lekkim niedowierzaniem na miejsce, w którym się znalazła. Nie sądziła, że kiedykolwiek to przyzna, ale do większego szczęścia i pełniejszego obrazu brakowało jej jedynie słońca, głównie jego promieni. Cieszyła się tak czy inaczej z tego, co udało jej się osiągnąć i jak daleko zajść, choć czuła przeszywający ból w stopach i duchotę powietrza od dobrej godziny.
Gdy poczucie niebezpieczeństwa i strach zaczęły w niej rosnąć do niebotycznych rozmiarów, opuściła to miejsce, zostawiając w nim wszelkie dobre emocje, po czym ruszyła w drogę powrotną. Czuła się zagubiona, mała, nieważna, a co najważniejsze – czuła, że banalna ścieżka, która doprowadzi ją do domu, jest jednocześnie najtrudniejszą, z jaką przyjdzie jej się zmierzyć. Bała się napływających wciąż resztek wspomnień, grającej w uszach muzyki oraz świadomości, jak bardzo przestała kontrolować to, co się z nią działo. Szła przed siebie, po części na ślepo, po części wiedząc co znajdzie za rogiem. Droga zaskoczyła ją parę razy swoją pomysłowością – gdy wypuściła z krzaków kota, który z przyjemnością łasił się do nóg dziewczyny i pozwolił pogłaskać; gdy w świetle latarki z telefonu widziała latające wokół niej białe motyle, a jeden z nich nawet wleciał w jej policzek, co odczuła jako lekkie uderzenie. Pod koniec również lampy zaczęły zasypiać w niektórych miejscach, powodując zaciemnienie kawałka ścieżki, jak gdyby chcąc dać dziewczynie pole do popisu albo sprawdzić jej znajomość trasy. Gdy je mijała, ponownie budziły się do życia.
Po dobrych parudziesięciu minutach dostrzegła już znajomy most i odetchnęła z ulgą. Pomimo iż widziała ludzi, nie zapewnili jej potrzebnego komfortu, jakiego oczekiwała, znajdując się obok nich. Teraz wiedziała, że napotka ich większe grupy, które jakoś odwrócą jej uwagę od otoczenia, dzięki czemu będzie mogła się uspokoić. Pozwoliła sobie przejść w bezpiecznej odległości od skupisk, z powrotem oddając się muzyce lecącej w słuchawkach i dotkliwiej odczuwając ból stóp oraz ciepłe powietrze, którego nie rozrzedzał nawet wiejący co parę chwil wiatr. Nie chciała iść na łatwiznę i udać się do domu pojazdem komunikacji miejskiej, więc kroczyła dalej przed siebie, nie zważając już na nic, co wcześniej było dla niej jakimkolwiek problemem. Czuła się spełniona i doszło do niej, co tak naprawdę dokonało się tego wieczora, gdzie była i czego doświadczyła. Zatęskniła za tym, ale jednocześnie wiedziała, że nie będzie mogła szybko tam wrócić. Nie na tym to wszystko polega.

Niesprawiedliwość


             Każdy z nas w trakcie życia jest zaskakiwany nie raz i nie dwa. Czy to przez ludzi, rzeczy, sytuacje, słowa, spojrzenia, gesty, wyobrażenia… i wymieniać można bez końca. Nie ma osoby, która nie doznałaby pewnego rodzaju niespodzianki podczas przygody, jaką jest nasza egzystencja, którą wielu nazywa życiem. Tych szczęśliwców, którzy mają więcej pozytywów, widujemy czasem na ulicy i po prostu wiemy, że dobrze im się układa. To czuć na kilometr, czasem wręcz śmierdzi – szczególnie dla tych, którzy nie dostrzegają zbyt wielu dobrych aspektów i raczej egzystują, aniżeli żyją.
            Kiedy człowiek zamiast nienawiści czy obojętności jest w stanie zdobyć się na uśmiech, objęcie i parę dobrych słów w naszą stronę, zastanawiamy się, czy aby na pewno jesteśmy odpowiednimi adresatami. Przerabialiśmy w głowie milion scenariuszy i żaden tak nie wyglądał – co więc właściwie miało miejsce zaledwie parę sekund temu? Nie wiemy i być może nigdy się nie dowiemy, ale pewni możemy być jednego – krótka chwila jest w stanie zmienić nasze zdanie na czyjś temat lub ogólną percepcję, co samo w sobie jest dosyć niezwykłym procesem. Dlatego tak ważne jest wspieranie ludzi, którzy wyraźnie tego potrzebują albo tych, do których wnętrza trzeba się jakoś dostać, by dostrzec brakujące elementy.
            Jak wielu dobrych i troskliwych ludzi w trakcie swojego życia usłyszy rzadko kiedy lub wcale, że są wspierającymi i podtrzymującymi na duchu istotami, których potrzebują inni ludzie? Jak często usłyszą podziękowania za obecność, wysłuchanie, szczerą rozmowę albo ciepłe spojrzenie? Niekiedy wcale, ponieważ z jakichś powodów ludzie omijają ich szerokim łukiem. Unikają aniołów stróżów, którzy mogą być zbyt nieśmiali, by otwarcie okazać wsparcie, ale po ofiarowaniu kawałka duszy są w stanie owinąć go w najgładszą tkaninę i przyłożyć do serca, byle tylko zachował ciepło, które miał w sobie dotychczas.
            Najgorzej jest się podnieść po sytuacjach, w których zawodzą ludzie będący najbliżej nas, albo przynajmniej za takowych postrzegani. Polegaliśmy na nich zawsze i wszędzie, aż w końcu dowiadujemy się, że to nie ma sensu, może nigdy nie miało, i zaczynamy wątpić, czy jeszcze kiedykolwiek go odzyska. Czy będziemy w stanie wyciągnąć rękę do tych osób albo odezwać się, ciszej lub głośniej? Czy dostrzeżemy w tym w ogóle jakikolwiek cel? Rzadko kiedy udaje nam się ponownie stanąć na nogi dostatecznie pewnie, by być w stanie odzyskać nić porozumienia tak dobrą, jaką pletliśmy przez pewien okres czasu.
            Jesteśmy w stanie pojąć wartość życia inaczej, dopiero gdy dźwigamy na sobie jego ciężar – swojego lub czyjegoś. Gdy inni ludzie polegają na nas bardziej niż na sobie, czujemy ich oddech na swoim karku, spojrzenie na swoich dłoniach i ustach oraz bijące serce, które niekiedy mogłoby stanąć, gdyby nie nasza interwencja lub jakakolwiek minimalna reakcja. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele żyć uratowaliśmy oraz czemu zapobiegły nasze słowa, gesty lub spojrzenia. Wystarczy niewiele, by zrobić bardzo wiele. Nie jest trudnym uczynić jedną dobrą rzecz zamiast dwóch złych, i znaleźć w sobie chęci oraz siłę do działania. Jeśli nie dla siebie, to przede wszystkim dla innych. To czasem też pomaga odnaleźć sens życia osobom, które w jakiś sposób go zatraciły albo zmierzają ku temu.
            Obserwując życie wokół jesteśmy w stanie uświadomić sobie, jak szybko mija nasze własne. Śledząc bacznie ruchy małych istotek uczących się podstawowych zachowań czy umiejętności, jak chociażby jazda na rowerze, przypomina nam o naszych własnych dziecięcych momentach, ale także o potknięciach, wszelkich próbach i błędach. Widząc wpadające w objęcia opiekunów kruche ludki, uśmiech sam ciśnie nam się na twarz, a niekiedy do oczu nawet łzy, które często wydostają się na zewnątrz i spływają po policzkach, dochodząc do charakterystycznie ułożonych ust i obojętnie je mijając.
            Nam również zdarza się obojętnie mijać w życiu chwile, które znikają bezpowrotnie i ich znaczenie dochodzi do nas po fakcie, gdy jest już za późno na jakiekolwiek działanie lub reakcję. Bywa, że docierają do nas w dalszych latach i nadal są w stanie przywołać konkretne wspomnienia – sceny, słowa, ton głosu, spojrzenia, a nawet ubiór osoby lub, dla innych, mało istotne elementy, które nam wyjątkowo mocno wrzynają się w umysł lub serce. Wszystko ma znaczenie, zawsze. Grunt, by go nie zatracić i być w stanie dostrzec nawet w najgorszych momentach. To one budują nas częściej niż rzeczywistość, której tak złudnie ufamy.


Nigdy nie jest za późno, by działać. Możesz zacząć już dziś.

(Nie)pewność


Była już w stanie słuchać starych piosenek. Rozumiała, co ze sobą niosły, ale też zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy nie będą mieć dla niej tego samego znaczenia co kiedyś. Z jednej strony ją to cieszyło, ale z drugiej czuła pewnego rodzaju zawód. Czyżby to oznaczało, że straciła konkretne emocje, wyparła się ich, zapomniała? Czy tego naprawdę chciała? Czy gdy mówiła sobie, że nigdy się ich nie pozbędzie, wiedziała o swoim przyszłym kłamstwie? Nie do końca. Tak naprawdę nie wiedziała o niczym co miało się wydarzyć ani w jakim kierunku miało się potoczyć jej życie. Mimo tego nie bała się stawiać kolejnych kroków i żyła dalej, jak gdyby nigdy nic, choć w jej wnętrzu działo się coś całkiem innego niż „nic”.
Zdarzały się dni, gdy wspominała pewne sceny, słowa, spojrzenia i próbowała odtworzyć samopoczucie z danej chwili, wdając się w dialog z osobą, która już dla niej nie istniała. Może i byłaby w stanie, ale ta przekreśliła ją dawno temu – dlaczego więc ona miałaby się jakkolwiek przejmować faktem, że jest dla niej pustym bytem? Nie chciała marnować czasu na coś, co zostawiła za sobą i nigdy więcej nie powinna była do tego wracać. Coś jednak nie dawało jej spokoju. Nie czuła niczego w rodzaju nadziei czy chęci, raczej czystą ciekawość, która rzeczywiście byłaby tylko i wyłącznie pierwszym stopniem do piekła.
Jej życie uległo zmianom w wielu aspektach, choć w większej ich ilości nie czuła najmniejszych, a przynajmniej  nie była w stanie sobie przypomnieć, by takowe nastąpiły. Czuła się dobrze o wiele częściej i dłużej niż kiedyś, dostrzegała więcej rzeczy, doceniała także. Może i była tą samą osobą, ale nie dla każdego. Dla paru osób zmieniła się diametralnie, w przeciągu ostatnich miesięcy. Bała się to przyznać, ale nie widziała po sobie niczego, co mogłoby na to wskazywać. Jeszcze bardziej przerażało ją to, że dostrzegli to ludzie, którzy nigdy w życiu nie powinni jej tego powiedzieć lub jakkolwiek przekazać. Powiedziała sobie, że nigdy ich nie zawiedzie, i zawiodła.
Szukała spokoju ducha przez dłuższy czas, ale ostatecznie udało jej się go odzyskać poprzez konwersację i rozwiązanie danych spraw wypowiadanymi oraz pisanymi na klawiaturze słowami. Słowa są kluczem, rozmowa jest wrotami. Jedno otwiera drugie, a to wskazuje drogę do kolejnych drzwi, które prowadzą tylko i wyłącznie do jasno określonego końca. Gdy do niego dotarła, zaczęła rozglądać się na boki i szukać kolejnego celu, ale nie dostrzegła nic w zasięgu wzroku. Zeszła z podestu i nie poczuła pod stopami żadnego podłoża – wręcz odwrotnie, zapadła się pod ziemię.
Po sekundzie jej ubranie i włosy zaczęły nasiąkać wodą, a ona zamknęła oczy i dała się ponieść prądowi wody, jak nigdy. Nie miała ochoty walczyć, ale także nie była na tyle silna, by się mu przeciwstawić. Poczuła, że coś zaciska się wokół jej szyi i ciągnie ją za włosy, ale nie protestowała, nie szarpała się. Głupio było jej przyznać przed samą sobą, ale cieszyła się, bo od dawna czuła potrzebę pewnego zadośćuczynienia. Nawiedzały ją wyrzuty sumienia przeróżnej natury i nie wiedziała, jak z nimi walczyć, ale wiedziała, że musi się im poddać, by były w stanie wytłumaczyć jej, na czym stoi, czemu i jak długo będzie to trwało.
Znajdując się pod wodą, była w stanie dostrzec co pływa po powierzchni. Ujrzała twarze osób, które stanowiły w jej życiu najważniejsze jednostki. Te zaczęły się grupować, jak gdyby same ustalając kolejność i określając się według priorytetów ofiary. W jej głowie znajdowała się pustka, coś jak czarna dziura, która wessała wszelkie uczucia i myśli, a teraz pozwoliła sobie rozgościć się wewnątrz. Dziewczyna nie protestowała, wolała już więcej nie ufać sobie w kwestii uczuć czy myśli. Wiedziała, że pewnego dnia ktoś lub coś będzie musiało zdecydować za nią, i to była ta chwila.
Jej narządy ogłupiały, jej ciało się poddało, ona zgubiła sens. Nie chciała umierać, nie, nigdy. Chciała wiecznie istnieć, by być w stanie zapewnić komfort tym, których trzymała na dnie swojego serca i umysłu - przynajmniej tych zdrowych, które kiedyś posiadała. Dla nich chciała żyć przede wszystkim, bo nie postrzegała siebie samej jako ważnej jednostki. Wszyscy zawsze stali nad nią, i dla nich była w stanie robić ze sobą niestworzone rzeczy. Nie widziała w tym nic złego, dopóki…



Praca inspirowana piosenką  Slowdive - No Longer Making Time

Rozkwit


            Na początku stawiała ostrożne kroki, chodząc po trawie znajdującej się w ogrodzie między klombami kwiatów. Potem zaczęła podążać wydeptanymi kamiennymi ścieżkami, przeznaczonymi do kierowania w stronę odpowiednich pozycji roślinnych. Nie wiedziała, czy ogród tak naprawdę jej się podoba, czy przychodzi tam z przyzwyczajenia, by po prostu popatrzeć na wszystko, co ma do zaoferowania i wyjść, nie wynosząc z niego nic a nic. Próbowała rozmawiać z kwiatami, ale były równie zamknięte jak ona i nieczułe na jakiekolwiek słowa, dlatego też nie zaszczycały jej spojrzeniami czy odpowiedziami, więc dziewczyna szybko zrezygnowała.
            Jednak po pewnym czasie zaczęła dostrzegać zmiany w zachowaniu roślin, ale także i swoim. Były do niej nastawione inaczej – nadal nie do końca przyjaźnie, ale wyraźnie zmniejszyły dystans, jaki dzielił je od tej dziwnej postaci, która z odwiedzin w ogrodzie uczyniła swoją cotygodniową rutynę. Pozwoliły jej do siebie mówić i chętnie nastawiały płatki oraz liście, by usłyszeć wszystko, co ma im do przekazania. Z czasem nawet same zaczęły obdarzać ją spojrzeniami oraz wykonywać gesty w jej stronę, jak gdyby chcąc przekazać konkretną wiadomość, ale nie wiedząc, w jaki sposób się za to zabrać, by miało sens.
            Gdy relacja nabrała odpowiedniego tempa, dziewczyna czuła się o wiele swobodniej, przychodząc co parę dni na miejsce, które z każdym kolejnym spotkaniem zdawało się fascynować ją jeszcze bardziej. Zresztą nie tylko miejsce – rośliny też zaczęły się na nią otwierać, dzielić sekretami, ale także zachowywać jej własne tylko i wyłącznie dla siebie, każdy w osobnym pąku czy liściu. Nie miały już przed sobą żadnych niespodzianek, grały w otwarte karty, i obie strony były zadowolone z takiego obrotu sprawy. Nie przeszkadzała im wzajemna obecność ani kontakt – wręcz przeciwnie, łaknęły tego bardziej i bardziej.
            Któregoś dnia dziewczynę złapało wahanie, czy aby na pewno postępuje odpowiednio, bratając się z roślinami i dając im nadzieję. Zaczęły dopadać ją wątpliwości dotyczące ich relacji i zaufania. Miała wrażenie, że z każdym kolejnym razem rośliny otaczają ją ze wszystkich możliwych stron, jak gdyby chcąc wyciągnąć esencję i pozostawić puste ciało, bez myśli i emocji. Nie chciała popadać w paranoję, ale na wszelki wypadek postanowiła jednak trzymać się na dystans. Udawało jej się to robić dyskretnie na tyle, że wszystko z pozoru prezentowało się jak dawniej, lecz jej wewnętrzne przeczucia ulegały nieustannym zmianom.
            Nie była w stanie pogodzić się z burzą, która panowała w jej organizmie i trzymała się jej duszy. Chciała delikatnie dać im do zrozumienia, że będzie musiała zniknąć z ich żyć, ale za każdym razem, gdy w jej głowie rodziła się myśl i formowała gotowa wypowiedź – gardło zaciskało się i dziewczyna przełykała gulę, dodatkowo uśmiechając się dla niepoznaki. Nadszedł jednak dzień, kiedy przekazała im bolesną wiadomość i odeszła. Wyjaśniła wszystko dokładnie, nie pomijając żadnej kwestii, a także cierpliwie odpowiedziała na wszelkie zadane jej pytania. Brakowało jej takiej szczerej rozmowy, ale nie chciała tego przed sobą przyznawać, przed nimi tym bardziej.
            Wróciła do normalnego życia, zostawiając ogród w przeszłości, robiąc z niego jedynie wspomnienia. Uświadomiła sobie, że rośliny tak naprawdę zabierały jej to, co ceniła najbardziej, chowały w sobie i ze spotkania na spotkanie stawały się coraz bardziej głuche na myśli i odczucia dziewczyny. Dostrzegła to dopiero po fakcie, ale i tak mocno ją zabolało. Nie chciała się jednak zbytnio na tym skupiać, ponieważ czekało na nią zbyt wiele spraw, by mogła zaprzątać sobie głowę takimi błahostkami jak rozmowy z roślinami. Kto w ogóle wpadł na taki pomysł? Czemu właściwie to zaczęła? Czy normalni ludzie powierzają roślinom swoje sekrety?
            Istniała jak gdyby poza sobą, kompletnie nie zwracając uwagi na znaki, które serwowało jej otoczenie i wszechświat. Gdy jednak uderzyły ją wspomnienia, sięgając w głąb jej duszy oraz serca, nie umiała dłużej pozostać obojętną na nic, co było związane ze światem, który przecież nie tak dawno opuściła. Wybrała się z powrotem do ogrodu, by upewnić się, że wszystko wciąż jest na miejscu i przekonać, czy rośliny kiedykolwiek jej wybaczą. Nie liczyła na wiele, ale nie chciała porzucać nadziei. Ujrzała liście i pąki, zza których obserwowały ją pojedyncze istoty, które do niedawna były jej tak bliskie. Zdobyła się na odwagę i przeprowadziła z nimi niezgrabną rozmowę. Nie była z niej zadowolona, ale nie była także zawiedziona. Odniosła wrażenie, że jedynie zrobiła z siebie pośmiewisko, ale było za późno, by cofnąć słowa i czyny.
            Kolejne tygodnie okazały się jeszcze bardziej chaotyczne niż poprzednie. Z jednej strony rośliny zapewniły ją, że jest w porządku, ale z drugiej nie zwracały na nią uwagi, gdy przychodziła je odwiedzić. Starała się inicjować rozmowy, ale nie umiała dać im przestrzeni, odpowiednio wyważyć nowego kontaktu i trzymać się na dystans. Zbyt pragnęła odnowienia relacji i dobrych stosunków, które znów mogłyby ich połączyć. Nie potrafiła myśleć jasno i konkretnie, nadinterpretowała i szukała wyjaśnień tam, gdzie ich nie było. Z każdym kolejnym razem wizyta była coraz bardziej męcząca i dziewczyna czuła się jak obcy w miejscu, które kiedyś było jej domem.
            Postanowiła, że da sobie spokój, ale nie wytrwała w tym długo. Coś wyraźnie zmuszało ją do ponownych odwiedzin, nawet jeśli nie miałyby zaowocować w żaden sposób. I rzeczywiście – następna wizyta przyniosła ze sobą jedynie zawód i smutek, albowiem roślin już nie było na miejscu. Nie dostrzegła ani jednej z tych, które pamiętała, nie czuła także ich obecności. Siadła na ziemi i zastygła na dłuższy moment. Jej ciało zaczął porastać bluszcz, który zacisnął się wokół szyi i pasa, ale dziewczyna pozwoliła mu stać się kukiełką. Nie miała siły się bronić. W tamtym momencie poczuła, że jej serce naprawdę należy do tego miejsca, nigdzie indziej. W jednej chwili zapragnęła wykrzyczeć wszystkie możliwe przeprosiny i błagać o przebaczenie, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Pozwoliła bluszczowi zaciskać się coraz mocniej, tworząc z niego i swojego żalu coś na kształt jedności. Uświadomiła sobie, że to poprawna kolej rzeczy i jest w stanie całkowicie oddać się temu miejscu, poświęcić czas, serce, duszę i umysł na nowo, naprawić szkody.
            Nie zdała sobie sprawy z tego, że zamknęła oczy i pochłonęła ją ciemność. Trwała w niej dobre parę dni, ale ziemia dostarczała jej odpowiednich składników, przez co nie stała jej się krzywda. Po przebudzeniu zaczęła szeptać, głaszcząc źdźbła trawy, a nawet sam bluszcz. Stała się łagodna i odnalazła w sobie pokłady energii oraz ciepła, które zapragnęła oddać roślinom i ogrodowi. Jej dotyk stał się kojący, a słowa zdawały się tchnąć nadzieję w otaczające ją istoty. W końcu dotarło do niej, że to jedyny i odpowiedni sposób kontaktu po tym, do czego doprowadziła. Odnalazła właściwą drogę i postanowiła na niej pozostać. Po dłuższym szepcie została wypuszczona z objęć bluszczu i udała się do domu.
            Kolejnego dnia wpadła do ogrodu zadyszana, a na jej twarzy pojawiły się promienie słoneczne, gdy stanęła w odpowiednim punkcie. Poczuła, że miejsce znów posiada pozytywną aurę i niemalże zaczęła chłonąć ją całą sobą, fizycznie i psychicznie. Zwróciła się do roślin, starając trzymać się odpowiedni dystans, ale te same przybliżały się do jej umysłu i serca, znów ochoczo rozmawiając, dzieląc sekrety i ciesząc się samą obecnością dziewczyny. Dało się nawet dostrzec wyraźne zmiany w poszczególnych istotach, jak gdyby rozkwitały w trakcie coraz to głębszego kontaktu z dawną towarzyszką. Ich barwy nabrały żywszych odcieni, a ruchy stały się bardziej energiczne. Ogród zdawał się rozkwitać tak szybko, jak jeszcze nigdy. I nikt nie był w stanie określić, co tak naprawdę o tym zadecydowało.


Może i bajkowe oraz banalne, ale symboliczne.
Nie każdy człowiek egzystuje bowiem w ludzkiej powłoce.