Brak


Paradoksalnie, miała teraz dostęp do wszystkiego, za czym nie raz tęskniła, czego jej brakowało – ale nie cieszyło jej to ani trochę. Nie umiała i nie chciała czerpać z tego przyjemności. Dopiero gdy otrzymała wszystko jak na dłoni, zapragnęła odtrącić to jednym porządnym zamachnięciem i wrócić do dawnego trybu życia. Do czasu, gdy nie wiedziała, jak ma na imię, kiedy znajdzie wolną chwilę ani kiedy wróci do domu. Do momentów, w których wiedziała, że ma jakiś cel, że dąży do czegoś, co postanowiła sobie zawczasu. Kiedy czuła, że potrzebowała ludzi, ale też przeczuwała, że oni potrzebują jej.
Tymczasem, wszystko zostało jej odebrane. Wolność, kontakt z ludźmi, zajęcia. Miała tylko złudne czynności i aktywności, którym mogła się oddawać, cały czas mając z tyłu głowy obrazy i wspomnienia sprzed ledwie parunastu dni – gdy jeszcze czuła powiew wiatru we włosach, nie bała się wychodzić zadaniom naprzeciw ani śmiać się w głos. Wtedy również zapomniała o tym, co znaczą prawdziwy smutek, ograniczenie oraz tęsknota. Świadomość tych uczuć niemalże znikła z jej emocjonalnej pamięci. Wszystko to było jedynie namiastką tego, co dopiero miało ją spotkać, a co nadeszło tak niespodziewanie.
Niechętnie zabierała się do kolejnych rzeczy, które zaplanowała w swojej głowie, zapisując na nieistniejącej kartce papieru długopisem z przezroczystym wkładem. Starała się uporać ze wszystkim krok po kroku, ale w trakcie dochodziła do wniosku, że stawianie kolejnych jest bezsensowne i nie przynosi jej żadnych korzyści ani motywacji. Kładła się wtedy na łóżku i czekała, aż okropny stan minie. Ten jednak nasilał się, nie będąc w stanie zostawić jej w spokoju. Zaczynała wstrzymywać powietrze, nie chcąc oddychać, albo zamykać oczy, nie dając wypływać łzom, które jednak zawsze dzielnie walczyły z jej powiekami – i zawsze wygrywały.
W pewnym sensie miała kontakt z rodziną, z którą żyła pod jednym dachem, lecz tego nie czuła. Każdy z jej członków był zapatrzony w swój własny ekran każdego kolejnego dnia. Co więc jej pozostawało? Ona patrzyła w swój, niekiedy zmieniając go na kartkę papieru z nakreślonymi na niej zdaniami, które momentami miały sens, a innym razem doprowadzały ją do obłędu. Nie raz wyobrażała sobie odgłos przedzieranego papieru i widziała oczami wyobraźni swoją furię, wrzeszcząc na cały pokój i pozwalając białym kawałkom latać w powietrzu. Działała jednak dalej, uparcie wierząc w to, że kiedyś wszystko się opłaci, da owoce, a może nawet przyniesie ukojenie.
Raz przypadkiem wyszła na zewnątrz, nie z własnej woli – została o to poproszona. Niechętnie, ale z poczuciem obowiązku opuściła bezpieczną strefę komfortu i udała się na tereny, które ostatnimi dniami stały się jej bardziej obce i dalekie niż kiedykolwiek wcześniej. Ujrzała pojedyncze osoby, spacerujące w tę i we w tę, ale też pary i grupki – jak gdyby życie toczyło się najzwyczajniej w świecie. Poczuła obrzydzenie na myśl o tym, jak do aktualnej sytuacji podchodzą inni ludzie, i odwróciła wzrok tak, by nie napotkać nikogo innego na swojej drodze. Czuła, jak w powietrzu unosi się niebezpieczeństwo, jak coś tylko czeka na to, by wyskoczyć… nie wiedziała jednak skąd.
Starała się ograniczać kontakt do minimum, by uchronić się przed czyhającym na nią zagrożeniem, ale też przed nieświadomymi niczego osobami. Nie zamierzała oglądać ani wysłuchiwać paplania o czymś, z czym wszyscy walczyli od dłuższego czasu – choć niektórzy nie mieli  pojęcia o tym, że prowadzą wojnę. Nieważne, jak inni starali się im to uświadomić, pewni ludzie byli po prostu ślepi i głusi. Od takich wolała się trzymać z daleka. Brakowało jej jednak pewnej osoby, do której uczuć nie była już w stanie opisać słowami. Zdawało jej się, że wszystko co kiedykolwiek powiedziała lub napisała, nie oddało jej emocji w odpowiednim stopniu. Pożądała czynów, bliskości, namacalnej odpowiedzi. Te nie były jednak możliwe ze względu na aktualną sytuację – a mogła ona równie dobrze trwać wieki. Czekanie zaciskało jej dłonie na gardle coraz ciaśniej z każdą kolejną sekundą, minutą oraz godziną. Chciało jej się wymiotować na myśl o oglądaniu siebie nawzajem na elektronicznych urządzeniach. Nie została stworzona po to, by ograniczać się do tak prymitywnych wynalazków. Była człowiekiem, i brakowało jej człowieka.

Być albo nie być

Wpatrywała się w drzewa kołyszące się na wietrze i zastanawiała, jakim cudem ich ruchy są tak skoordynowane. Każde z osobna zdawało się perfekcyjnie wyczuwać rytm towarzysza, jak gdyby będąc w stanie przewidzieć kolejne posunięcie. Korony łagodnie chwytały promienie słoneczne, a błyszczące liście delikatnie puszczały oczka do każdej obserwującej ich istoty – nie, by oślepić i zniechęcić, a raczej po to, by zachęcić do dalszego spoglądania i, być może, bliższego kontaktu. Mieniły się różnymi kolorami, od jasnych do  ciemnych, i zdawały się perfekcyjnie wtapiać w tło – każdy z nich był jednak odrębną jednostką na tle innych, podobnych. Mogły to dostrzec tylko sprytne, uważne oczy, skupiające się na detalach.
Uwielbiała spędzać czas na świeżym powietrzu, nie myśląc o zmartwieniach dnia poprzedniego, aktualnego lub przyszłego. Nieczęsto pozwalała sobie na tego rodzaju odpoczynek - zazwyczaj znajdowała się w pętli wydarzeń i mniejszych lub większych nieszczęść, jakie towarzyszyły jej lub bliskim jej osobom. Nie umiała czerpać przyjemności z siedzenia, patrzenia czy słuchania, gdy wiedziała, że coś na nią czeka, że nadal ma zadania do wykonania. Zdarzały się jednak takie dni, kiedy była w stanie choć na chwilę odciąć się od świata rzeczywistego i uciec do tego, który znajdował się jednocześnie tak blisko i tak daleko.
Każdego dnia budziła się z innym uczuciem, które po jakimś czasie się powtarzały lub przeplatały. Nigdy jednak nie doświadczyła tego samego parę dni z rzędu - zawsze jakoś się mijały lub zastępowały, wskakiwały sprytnie na swoje miejsca, byle tylko nie dać jej poczucia stabilności czy kontroli. Choć wiedziała, że dopiero wydarzenia z dnia zdecydują o tym, jaki ostatecznie będzie i co o nim pomyśli  przed snem, to i tak nastawiała się zaraz po tym, jak otwierała oczy. Dopiero po dłuższym czasie dochodziło do niej prawdziwe znaczenie emocji, jakie objawiały się w jej głowie i sercu - z którymi chciała lub musiała się zmierzyć, i tych, które dopiero czekały na odkrycie przez jej osobę.
Wierzyła w siebie stosunkowo rzadko, jako że nigdy nie robiła wielu korzystnych rzeczy, a raczej mniejsze, przynoszące rezultaty jedynie na krótszą metę. Ludzie często jej zaprzeczali, próbując uświadomić, że praktycznie w ogóle nie skupia się na sobie, a na wszystkim i wszystkich innych wokół, oddając im siebie po trosze. Momentami bała się, że mogą mieć rację, że kiedyś w  końcu dojdzie do niej znaczenie ich słów, lecz wtedy będzie za późno, by odzyskać siebie w jakimkolwiek stopniu. Jednak z drugiej strony wiedziała, że taka jest kolej rzeczy – oddaje siebie ludziom po to, by być w stanie się czymś wypełnić. Satysfakcją, szczęściem, czasem również zmęczeniem i zmartwieniem. Nie postrzegała tego jednak jako złych czy szkodliwych wyników jej działań – te właśnie były dla niej najbardziej pozytywne. Gdy mogła z innych zdjąć ciężkie brzemię i nosić je sama, aż w pewnym sensie zniknie lub całkowicie zmaleje, nie będąc w stanie wrócić do swojego poprzedniego żywiciela.
Zdarzało się, że obdarzała ludzi uśmiechami i śmiała się w głos. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy z tego, że czasem wyciskała z siebie ostatnie soki, by zdobyć się na tę cząstkę pozytywności. Te bywały dla niej momentami o wiele boleśniejsze niż milczenie, niż cisza, którą ceniła ponad wszystko. Uwielbiała wypełniać ją dźwiękami i muzyką, ale najbardziej doceniała samo jej istnienie, ponad wszystko. Zostawała wtedy sam na sam ze swoimi myślami i zmartwieniami, dokładając sobie sprawy bliskich jej osób, by stworzyć z tego jedną grupę spraw, które chciała ze sobą taszczyć. Nie czuła się jednak niczym obarczona - dźwiganie tego typu emocji i wydarzeń, odbijających się na niej piętnem, dawały jej siłę do działania i nie pozwalały jej się poddać ani zapomnieć, kim jest. I po co jest.
Nigdy nie była dla siebie, zawsze była dla innych. I nigdy nie chciała tego zmienić.

Więcej


Nie do końca wiedział, co się z nim działo, ale chciał czerpać z tego korzyści i w pewnym sensie wejść w głąb niewiadomej, by być w stanie jakoś się z nią utożsamić. Starał się z całych sił przebić pewnego rodzaju mur i wyjść na zewnątrz, do swoich uczuć, które  dryfowały gdzieś w przestrzeni, unosiły się w powietrzu – czekając, aż ktoś je znajdzie, nazwie i zaopiekuje się nimi w odpowiedni sposób. Emocje długo nie mogą być pozostawione same sobie; potrzeba żywej istoty, by mogła się nimi posłużyć i poczuć je wewnątrz – serca, umysłu, ciała. Nie po to istnieją i ulegają ciągłym zmianom, by omijać je szerokim łukiem i całkowicie się na nie wyłączać. W krótkim okresie czasu poczuł, że w jego zachowaniu i percepcji świata następują pewne, być może nieodwracalne zmiany. Spodobało mu się to, chciał więcej i więcej. Zawsze chciał więcej.
Często łapał się na siedzeniu i myśleniu. Nie robieniu nic, po prostu istnieniu i staraniu się ruszyć do przodu, chociażby myślą, jak nie czynem. Uświadamiał sobie coraz to więcej, widział i czuł wyraźniej, czerpał z tego nieopisaną przyjemność. To jednak nie był maksimum jego doznań i wartości, które pragnął wycisnąć z życia i jego aspektów. Zawsze było mu mało, choć dobrze wiedział, że powinien postawić sobie jasną granicę. Nie był w stanie, jeszcze nie. Czekał na moment, w którym w końcu będzie gotowy zrozumieć, co tak naprawdę w nim drzemie, po co, i na jak długo. I czy właściwie chce w jakikolwiek sposób to rozwijać albo jakoś się z tym utożsamiać. Możliwe, iż coś żyjące w jego wnętrzu było całkowicie innym organizmem; osobnym bytem, który pragnął wydostać się na zewnątrz niego – tak samo jak on na zewnątrz siebie, poza sferę cielesną i oczywistą.
Codziennie widywał inne obrazy w głowie i w sercu. Podchodził do nich ostrożnie, z dystansem, nie chcąc niepotrzebnie budzić bestii. Potrzebował jej wewnątrz siebie. W pewnym sensie ona go dopełniała, budowała; sprawiała, że był dokładnie tym, czym przeczuwał, że powinien być. Monstrum zdawało się perfekcyjnie wiedzieć, czego potrzebuje, aby się rozwijać i iść przed siebie, chociażby w znaczeniu psychicznym, jeśli nie fizycznym. Nie było w stanie poruszyć człowiekiem, który trzymał go na niewidzialnej smyczy. Mogło mu jedynie coś rozkazać lub mocno zapragnąć, ale to istota ludzka pociągała za sznurki i decydowała o tym, czy chce wykonać dany ruch, lub w ogóle jakikolwiek.
Starali się żyć w symbiozie, choć nie było to proste. Gdy jedna strona przejmowała kontrolę, druga starała się ją uspokajać – i vice versa. Zdarzały się sytuacje, w których decyzję podejmowała strona mocniejsza, ale również takie, w których wygrywała słabsza. Nie zawsze chodzi o moc czy potęgę danej jednostki; istotny jest kontekst i tło całego wydarzenia. Trzeba brać pod uwagę wszelkie możliwe rozwiązania, zbadać sytuację, podjąć się niemałej analizy i wyciągnąć odpowiednie wnioski, by móc zmierzyć się w przyszłości z czymś podobnym albo nawet trudniejszym. Nie zawsze cel jest tym, co się liczy i co nas motywuje – bardzo często jest to droga sama w sobie, która prowadzi nas w określonym kierunku. Tylko od nas zależy, co na niej spotkamy i jak wykorzystamy atrybuty, jakie otrzymała wcześniej od innych przechodniów.
Rzecz w tym, by wiedzieć, jak korzystać ze wszystkiego, co jest nam dane. Bezustannie próbować, poznawać, badać, nie bać się. Sięgać głębiej, działać, docierać do istoty problemu, analizować wszelkie za i przeciw, dochodzić do optymalnych wniosków i być pewnym choć jednej rzeczy, która uroiła się w naszej głowie lub sercu. Jesteśmy kowalami własnego losu i wyłącznie od nas samych zależy, co wykujemy. Skoro sami do końca nie jesteśmy pewni, jakie są nasze zamiary i cele – nie dotrzemy nigdzie. Zabłądzimy, staniemy w ślepym zaułku, czekając na pomoc i znak, który mógłby pokierować nas dalej albo sprowadzić na odpowiednią drogę. Gdy jednak takowy się nie pojawi, co wtedy mamy począć? Nie ma sensu lamentować i oczekiwać cudów, takowe się nie zdarzają. Najważniejszym jest, by znać siebie samego. To jest klucz do wszelkich powodzeń.





Wiem, że dawno mnie tu nie było. Wiem, że teraz praktycznie w ogóle mnie tu nie ma. Za dużo się dzieje, bym mogła na spokojnie przysiąść i spisać myśli. Dużo teraz u mnie chaosu. Próbuję ujarzmić swoją własną bestię i mam nadzieję, że Wam uda się Wasze.
Dziękuję wszystkim, którzy wciąż mniej lub bardziej mnie wspierają i pomagają iść przed siebie, choć bywa różnie. Bez Was nie byłabym tu, gdzie jestem. Jesteście super.






PS. Opowiadanie dedykuję osobie, która w ostatnim czasie zaczęła na nowo odkrywać, z czego zbudowane są ludzkie emocje i jak działają ich mechanizmy. Oby nigdy Cię nie zawiodły.

Poszukiwania


Czarno-białe trampki cicho stąpały po chodniku, dając się kierować jej zgrabnym stopom i silnym nogom. Kiedyś tak głośno człapała, że dałoby się ją usłyszeć z drugiego końca drogi, lecz teraz stawiała kroki cicho jak mysz, nie dając się jakkolwiek rozpoznać. Patrzyła dumnie przed siebie, pozwalając się nieść nutom muzyki grającym w jej uszach, płynących przez śnieżnobiałe kable podłączone do telefonu. Dobrze znała te melodie, lecz jednocześnie odnosiła wrażenie, że z każdą kolejną piosenką poznaje je na nowo. Patrzyła na dawne miejsca, które kiedyś były dla niej zaskoczeniem, a teraz niemalże czuła się w nich jak w domu. Mijała je w błyskawicznym tempie, ale i tak była w stanie wyłapać wszystkie zapamiętane momenty i ludzi, którzy się tam z nią znaleźli, a właściwie osobę.
Gdy tak szła, tło ulegało nieustannym zmianom. Stawało się coraz ciemniejsze, lecz w niektórych momentach wydawało się wysyłać dziewczynie konkretne znaki, jak gdyby chcąc się z nią specjalnie porozumieć. Próbowała je odbierać, ale nie była pewna, czy do końca rozumie, ani czy w ogóle chce rozumieć te sygnały. Tym razem pragnęła zaufać samej sobie i nie skupiać się na tym, co podpowiadało jej otoczenie. Pragnęła odpowiedzieć na parę pytań przy pomocy własnej intuicji i obserwacji duszy, aniżeli przyrody wokół niej. Chciała również dokładniej wsłuchać się w to, co podpowiadało jej serce, gdy w końcu znalazła dla niego chwilę spokoju.
Uchwycała coraz to ważniejsze momenty i miejsca, by móc za jakiś czas porównać zmiany, jakie w nich zaszły, ale także dla własnej satysfakcji i wewnętrznego spokoju ducha. Starała się łapać chwile, póki jeszcze była w stanie je dostrzec i zatrzymać, bo czas płynął nieubłaganie, a słońce chowało się za horyzontem i nie chciało dać jej wystarczająco minut na spełnienie wewnętrznych celów. Gdy jednak w końcu znalazła to miejsce, siadła na swoim charakterystycznym, jakoś dziwnie wyżłobionym, i spojrzała przed siebie, na roztaczające się wokół skupisko wody oraz krótki pomost, który tak mocno zapadł jej w pamięć i wyrył się w sercu. Poczuła, jak jej oczy zachodzą łzami i chwilę potem straciła kontrolę nad własnymi emocjami.
Po paru minutach w jej organizmie zapadła cisza i dziewczyna była w stanie udać się w dalszą podróż. Odnalazła ruiny budynku oraz opuszczoną fabrykę, choć niebo było już niemalże ciemne i widać było bardzo mało. Postanowiła odwiedzić jeszcze jedno miejsce, które nabrało znaczenia równo trzysta sześćdziesiąt pięć dni wstecz. Wracając, skręciła w jedną z alejek i zaczęła kroczyć przed siebie, coraz bardziej zagłębiając się w ciemność i dając pochłonąć wszechobecnej przyrodzie oraz jej dźwiękom. Wtem poczuła przerażenie, które zmroziło ją od stóp do głów. Uświadomiła sobie, że jest kompletnie sama, co potwierdził głos w słuchawkach, a wokół brak jakiegokolwiek światła czy budynku. Tylko ona w dziczy, szukając miejsca, które równo rok temu mogła nazwać domem, choć na chwilę. Doszła do końca alejki i poczuła ogromny zawód, który na chwilę zajął miejsce strachu. Czyżby zapomniała? Ciężko jej było w to uwierzyć, więc ruszyła w drogę powrotną.
Ostatecznie odnalazła charakterystyczne przejście prowadzące do jedynego w swoim rodzaju przedsionka. Składało się ono z pagórków i wyżłobień, którymi musiała przedrzeć się do stromego przejścia. Następnie wbiegła na górę i jej oczom ukazała się mała polana, która pod osłoną ciemności prezentowała się może trochę groźniej niż zapamiętała, ale… to było to miejsce. Dziewczyna zapragnęła klęknąć na suchej trawie między drzewami i ukryć twarz w dłoniach, ale ograniczyła się tylko do cichego szlochu i spojrzeń rzucanych z lekkim niedowierzaniem na miejsce, w którym się znalazła. Nie sądziła, że kiedykolwiek to przyzna, ale do większego szczęścia i pełniejszego obrazu brakowało jej jedynie słońca, głównie jego promieni. Cieszyła się tak czy inaczej z tego, co udało jej się osiągnąć i jak daleko zajść, choć czuła przeszywający ból w stopach i duchotę powietrza od dobrej godziny.
Gdy poczucie niebezpieczeństwa i strach zaczęły w niej rosnąć do niebotycznych rozmiarów, opuściła to miejsce, zostawiając w nim wszelkie dobre emocje, po czym ruszyła w drogę powrotną. Czuła się zagubiona, mała, nieważna, a co najważniejsze – czuła, że banalna ścieżka, która doprowadzi ją do domu, jest jednocześnie najtrudniejszą, z jaką przyjdzie jej się zmierzyć. Bała się napływających wciąż resztek wspomnień, grającej w uszach muzyki oraz świadomości, jak bardzo przestała kontrolować to, co się z nią działo. Szła przed siebie, po części na ślepo, po części wiedząc co znajdzie za rogiem. Droga zaskoczyła ją parę razy swoją pomysłowością – gdy wypuściła z krzaków kota, który z przyjemnością łasił się do nóg dziewczyny i pozwolił pogłaskać; gdy w świetle latarki z telefonu widziała latające wokół niej białe motyle, a jeden z nich nawet wleciał w jej policzek, co odczuła jako lekkie uderzenie. Pod koniec również lampy zaczęły zasypiać w niektórych miejscach, powodując zaciemnienie kawałka ścieżki, jak gdyby chcąc dać dziewczynie pole do popisu albo sprawdzić jej znajomość trasy. Gdy je mijała, ponownie budziły się do życia.
Po dobrych parudziesięciu minutach dostrzegła już znajomy most i odetchnęła z ulgą. Pomimo iż widziała ludzi, nie zapewnili jej potrzebnego komfortu, jakiego oczekiwała, znajdując się obok nich. Teraz wiedziała, że napotka ich większe grupy, które jakoś odwrócą jej uwagę od otoczenia, dzięki czemu będzie mogła się uspokoić. Pozwoliła sobie przejść w bezpiecznej odległości od skupisk, z powrotem oddając się muzyce lecącej w słuchawkach i dotkliwiej odczuwając ból stóp oraz ciepłe powietrze, którego nie rozrzedzał nawet wiejący co parę chwil wiatr. Nie chciała iść na łatwiznę i udać się do domu pojazdem komunikacji miejskiej, więc kroczyła dalej przed siebie, nie zważając już na nic, co wcześniej było dla niej jakimkolwiek problemem. Czuła się spełniona i doszło do niej, co tak naprawdę dokonało się tego wieczora, gdzie była i czego doświadczyła. Zatęskniła za tym, ale jednocześnie wiedziała, że nie będzie mogła szybko tam wrócić. Nie na tym to wszystko polega.

Niesprawiedliwość


             Każdy z nas w trakcie życia jest zaskakiwany nie raz i nie dwa. Czy to przez ludzi, rzeczy, sytuacje, słowa, spojrzenia, gesty, wyobrażenia… i wymieniać można bez końca. Nie ma osoby, która nie doznałaby pewnego rodzaju niespodzianki podczas przygody, jaką jest nasza egzystencja, którą wielu nazywa życiem. Tych szczęśliwców, którzy mają więcej pozytywów, widujemy czasem na ulicy i po prostu wiemy, że dobrze im się układa. To czuć na kilometr, czasem wręcz śmierdzi – szczególnie dla tych, którzy nie dostrzegają zbyt wielu dobrych aspektów i raczej egzystują, aniżeli żyją.
            Kiedy człowiek zamiast nienawiści czy obojętności jest w stanie zdobyć się na uśmiech, objęcie i parę dobrych słów w naszą stronę, zastanawiamy się, czy aby na pewno jesteśmy odpowiednimi adresatami. Przerabialiśmy w głowie milion scenariuszy i żaden tak nie wyglądał – co więc właściwie miało miejsce zaledwie parę sekund temu? Nie wiemy i być może nigdy się nie dowiemy, ale pewni możemy być jednego – krótka chwila jest w stanie zmienić nasze zdanie na czyjś temat lub ogólną percepcję, co samo w sobie jest dosyć niezwykłym procesem. Dlatego tak ważne jest wspieranie ludzi, którzy wyraźnie tego potrzebują albo tych, do których wnętrza trzeba się jakoś dostać, by dostrzec brakujące elementy.
            Jak wielu dobrych i troskliwych ludzi w trakcie swojego życia usłyszy rzadko kiedy lub wcale, że są wspierającymi i podtrzymującymi na duchu istotami, których potrzebują inni ludzie? Jak często usłyszą podziękowania za obecność, wysłuchanie, szczerą rozmowę albo ciepłe spojrzenie? Niekiedy wcale, ponieważ z jakichś powodów ludzie omijają ich szerokim łukiem. Unikają aniołów stróżów, którzy mogą być zbyt nieśmiali, by otwarcie okazać wsparcie, ale po ofiarowaniu kawałka duszy są w stanie owinąć go w najgładszą tkaninę i przyłożyć do serca, byle tylko zachował ciepło, które miał w sobie dotychczas.
            Najgorzej jest się podnieść po sytuacjach, w których zawodzą ludzie będący najbliżej nas, albo przynajmniej za takowych postrzegani. Polegaliśmy na nich zawsze i wszędzie, aż w końcu dowiadujemy się, że to nie ma sensu, może nigdy nie miało, i zaczynamy wątpić, czy jeszcze kiedykolwiek go odzyska. Czy będziemy w stanie wyciągnąć rękę do tych osób albo odezwać się, ciszej lub głośniej? Czy dostrzeżemy w tym w ogóle jakikolwiek cel? Rzadko kiedy udaje nam się ponownie stanąć na nogi dostatecznie pewnie, by być w stanie odzyskać nić porozumienia tak dobrą, jaką pletliśmy przez pewien okres czasu.
            Jesteśmy w stanie pojąć wartość życia inaczej, dopiero gdy dźwigamy na sobie jego ciężar – swojego lub czyjegoś. Gdy inni ludzie polegają na nas bardziej niż na sobie, czujemy ich oddech na swoim karku, spojrzenie na swoich dłoniach i ustach oraz bijące serce, które niekiedy mogłoby stanąć, gdyby nie nasza interwencja lub jakakolwiek minimalna reakcja. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele żyć uratowaliśmy oraz czemu zapobiegły nasze słowa, gesty lub spojrzenia. Wystarczy niewiele, by zrobić bardzo wiele. Nie jest trudnym uczynić jedną dobrą rzecz zamiast dwóch złych, i znaleźć w sobie chęci oraz siłę do działania. Jeśli nie dla siebie, to przede wszystkim dla innych. To czasem też pomaga odnaleźć sens życia osobom, które w jakiś sposób go zatraciły albo zmierzają ku temu.
            Obserwując życie wokół jesteśmy w stanie uświadomić sobie, jak szybko mija nasze własne. Śledząc bacznie ruchy małych istotek uczących się podstawowych zachowań czy umiejętności, jak chociażby jazda na rowerze, przypomina nam o naszych własnych dziecięcych momentach, ale także o potknięciach, wszelkich próbach i błędach. Widząc wpadające w objęcia opiekunów kruche ludki, uśmiech sam ciśnie nam się na twarz, a niekiedy do oczu nawet łzy, które często wydostają się na zewnątrz i spływają po policzkach, dochodząc do charakterystycznie ułożonych ust i obojętnie je mijając.
            Nam również zdarza się obojętnie mijać w życiu chwile, które znikają bezpowrotnie i ich znaczenie dochodzi do nas po fakcie, gdy jest już za późno na jakiekolwiek działanie lub reakcję. Bywa, że docierają do nas w dalszych latach i nadal są w stanie przywołać konkretne wspomnienia – sceny, słowa, ton głosu, spojrzenia, a nawet ubiór osoby lub, dla innych, mało istotne elementy, które nam wyjątkowo mocno wrzynają się w umysł lub serce. Wszystko ma znaczenie, zawsze. Grunt, by go nie zatracić i być w stanie dostrzec nawet w najgorszych momentach. To one budują nas częściej niż rzeczywistość, której tak złudnie ufamy.


Nigdy nie jest za późno, by działać. Możesz zacząć już dziś.